Z ilu „JA” składa się „JA”?

O zaletach mówienia do siebie.

W pracy z ludźmi, którzy zgłaszają się do nas na sesje terapeutyczne, bardzo często dochodzimy do miejsca, w którym istotne jest to, czy jest możliwe posiadanie jednego, spójnego „ja”, czy też zawsze będziemy posiadali tych „ja” wiele.

Na przykład prawdopodobnie każdemu/-ej z nas zdarzyło się czuć pomieszanie. Kiedy skoncentrujemy się dokładniej na tym doświadczeniu, może okazać się, że czujemy jednocześnie radość i smutek, współczucie i ironiczny śmiech, lęk i ekscytację czy sympatię i niechęć.

Żyjąc w kulturze promującej jednolity obraz człowieka zazwyczaj dążymy do tego, aby mieć jedno spójne „ja”. Wydaje się, że życie byłoby wtedy prostsze – bez dylematów w rodzaju „czy bardziej czuję się Polakiem gotowym do obrony swojego kraju, czy też uważam się za pacyfistę i obywatela świata stroniącego od wszelkich działań militarnych?”. Jednak okazuje się, że w życiu nie raz i nie dwa napotykamy na podobne dylematy, doświadczając jednocześnie sprzecznych ze sobą uczuć czy myśli.

Częstą reakcją na tego typu uczucie pomieszania jest próba pozbycia się (wyparcia) części doświadczenia – i w konsekwencji części swojej osobowości. W ten sposób chcemy osiągnąć względny wewnętrzny spokój.

Metody wykorzystywane przez ludzi w tym celu sięgają odległych czasów – od egzorcyzmowania niepożądanego doświadczenia, przez programowanie umysłu hipnotycznymi sugestiami (mającymi np. zapewnić pewność siebie po wieczne czasy), farmakologiczne usuwanie symptomów tzw. chorób psychicznych, aż po różnego rodzaju ingerencje w ciało (np. operacje plastyczne czy usuwanie części ciała potencjalnie podatnych na choroby). Wszystko to ma na celu likwidację „problematycznego” doznania i powrót do doświadczenia własnej niepodzielności.

Problem w tym, że nawet jeżeli takie rozwiązania działają, ich efekt utrzymuje się zazwyczaj tylko przez krótki czas. Powodem jest to, że nie da się wyciąć części swojej psychiki, tak jak amputuje się kończynę. Można co najwyżej stłumić na jakiś czas głos niechcianego „ja”. Jednak prędzej czy później wróci on do nas, często w innej, bardziej niepożądanej formie i ze zwielokrotnioną siłą.

Na przykład komuś, kto wbrew sobie po raz kolejny zachował się nieasertywnie względem swojego przełożonego w pracy, może przyśnić się goniący go przerażający potwór, stanowiący uosobienie stłumionego gniewu. Jeśli znów przymknie oko na ten symptom, potwór ze snu kolejnym razem może „przez przypadek” dać o sobie znać, rozbijając firmowy samochód czy spowodować jeszcze większą szkodę.

Ponieważ w naszej pracy poszukujemy rozwiązań długofalowych, bazujących na całościowym spojrzeniu na ludzką psychikę, proponujemy alternatywę – spojrzenie na siebie jako na istotę złożoną z wielu różnych „ja”, które możemy nazwać „podosobowościami”, „perspektywami”, „postaciami”, „tożsamościami”, „częściami siebie” itp.

W danej sytuacji z niektórymi „ja” będziemy w lepszych stosunkach, natomiast inne „ja” będą dla nas bardziej problematyczne – będziemy mieli wrażenie, że działają poza naszą kontrolą (mówimy wtedy np. że „straciłem/-am nad sobą panowanie”) i trudniej będzie nam się z nimi utożsamić (np. „zachowałem/-am się zupełnie jak nie ja”).

Takie spojrzenie na psychikę ma jedną zasadniczą zaletę w porównaniu do prób osiągania jednorodnego i spójnego „ja”: umożliwia nawiązanie głębokiej relacji z samym/-ą sobą. To relacja, w której nie zamiatamy problemów pod dywan ani nie dokonujemy eksterminacji problematycznych „postaci” wewnętrznych. To relacja z samym/-ą sobą, w której jest miejsce zarówno na zgodę, jak i na wewnętrzny konflikt i, mówiąc językiem Arnolda Mindella panuje w niej „głęboka demokracja” [1].

Dość częstą przeszkodą przed uznaniem, że mamy wiele podosobowości, jest lęk przed napiętnowanym społecznie „mówieniem do siebie” czy przed „słyszeniem głosów”. Prawda jest jednak taka, że mówimy do siebie na okrągło, zarówno w trakcie dnia – prowadząc niekończące się wewnętrzne narracje – jak i w nocy, w naszych snach. Jeśli potrafisz rozróżnić to, co dzieje się wewnątrz ciebie, od tego, co na zewnątrz – bądź spokojny/-a.

Natomiast „słyszenie głosów”, o którym mówi się potocznie, przywołując np. osoby ze zdiagnozowaną schizofrenią, to nic innego jak komunikat od bardziej wypartej części osobowości; czyli od takiego „ja”, którego taka osoba nie uznaje za swoje. Na przykład jeśli jest we mnie ogromny lęk, który trudno mi znieść, może przybrać on formę głosu, który nie daje mi spokoju, próbując się do mnie „dobić” ze swoim komunikatem o ogólnoświatowym spisku. Taka podosobowość jest tym mniej uciążliwa (i przez to uznawana za mniej patologiczną), im większą mamy zdolność do włączania jej treści do zestawu naszych różnorodnych „ja”. Tę zdolność umożliwia nam tzw. „metakomunikator” (termin stworzony przez antropologa Gregory’ego Batesona, rozwinięty w psychologii zorientowanej na proces). To taka część naszej psychiki, która jest swoistym mediatorem pomiędzy poszczególnymi podosobowościami.

Za pomocą metakomunikatora możemy obserwować nasze doświadczenia, zdawać relację o tym, jaka jest ich treść, dostrzegać dynamikę wewnętrznych zmian i perspektyw. W skrócie – umożliwia on refleksję na temat samego/-ej siebie.

Można powiedzieć, że najczęściej jednym z pierwszych celów psychoterapii jest rozwinięcie w sobie lepszego metakomunikatora. To podstawowe narzędzie, które jest niezbędne w pracy nad sobą. Dzięki niemu możemy przede wszystkim odkryć w sobie rozmaite podosobowości, które różnią się od siebie sposobem postrzegania i motywacjami. Możemy mediować pomiędzy nimi, dążąc do tego, aby w naszym wewnętrznym sejmie każdy miał prawo głosu. I w końcu – możemy podejmować decyzje z większą świadomością samych siebie.

 

Przypisy:

[1] Arnold Mindell – „Lider mistrzem sztuk walki. Wstęp do głębokiej demokracji.”, wyd. Medium, Warszawa 1995

 

[rysunek "My Wife and My Mother-in-Law" autorstwa Williama Ely'ego Hilla]

przez Karol Domański

Wróć

comments powered by Disqus